![]() |
Blog > Komentarze do wpisu
Jest tylko jeden bóg (piłkarski rzecz jasna :) )Za nami kolejne mistrzostwa świata, czwarte, które świadomie śledziłem i analizowałem. Pierwsze, podczas których swoimi przemyśleniami dzieliłem się z innymi, za pośrednictwem moich blogów. Po miesiącu zmagań, godzin spędzonych przed telewizorem i laptopem, ośmielę się stwierdzić, że to były męczące mistrzostwa. Najpierw, trzeba jeszcze rozliczyć się z afrykańskim turniejem.
Moim zdaniem Mundial ten zawiódł na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim w kwestii atrakcyjności sportowej. Nie chodzi tu wcale o poziom zawodów, bo ten był wysoki. Z tym, że poziom zaawansowania taktycznego nie przekłada się na ucztę dla oka. Przeciętny kibic na tych mistrzostwach zadowolony mógł być tylko kilka razy. Zabrakło meczów jakie na wielkich turniejach zdarzają się zawsze. Takich z wynikiem zmieniającym się jak w kalejdoskopie, z szaleńczymi atakami na bramkę itd. Od 1998 zawsze na wielkim turnieju takie mecze były stałym elementem krajobrazu. Wspomnieć należy tylko takie perełki jak 1/8 finału w 1998 Argentyna – Anglia, czy Euro 2004 Holandia – Czechy. Tutaj, żadnego takiego widowiska nie mieliśmy, aspirujący do tego miana mecz Słowacja – Włochy przez 70 minut był po prostu nudny. Wyznacznikiem tego jaki to był mundial jest sam fakt, że wspominam mecze z przeszłości, zamiast pisać o tym co zdarzyło się kilka/kilkanaście dni temu. Przeciętnego kibica mundial w RPA raczej nie porwał i nie rozpalił do czerwoności. Ucztę mieli natomiast miłośnicy defensywnej taktyki i ostrej gry. Wiele zespołów, nie podejrzewanych nawet o umiejętność murowania bramki i zagęszczania pola gry okazało się w RPA mistrzami tego fachu. Brazylia, Portugalia, Holandia, Wybrzeże Kości Słoniowej to zespoły żegnające się z etykietką grających ładny ofensywny futbol. Ostatecznie dobro jednak zwyciężyło. Wygrała drużyna mająca ogromny potencjał ofensywny. Nie zawsze było go w ostatnim miesiącu widać, głównie dlatego, że rywale nie pozwalali rozwinąć skrzydeł hiszpańskiej armadzie. Mimo tego, podopieczni del Bosque skruszyli wszystkie stawiane przed nimi mury i zasłużenie są mistrzem świata. Jeżeli grający pięknie i z polotem Niemcy przeciwko Hiszpanii bronią się całą jedenastką, to świadczy tylko o jednym, siła ,,la furia Roja” jest paraliżująca.
Pytanie czy futbol się stacza jest aktualne, a odpowiedź skomplikowana. Gołym okiem widać, że mistrzostwa w obecnej formie są tworem nieco spleśniałym. Należałoby pomyśleć przede wszystkim nad reorganizacją rozgrywek i ewentualnym skróceniem fazy grupowej. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby zmniejszenie grup do 3 zespołów i promowanie tylko pierwszego miejsca. Z drugiej strony czy znajdziemy na świecie 48 zespołów godnych udziału w mistrzostwach świata? A może zmniejszyć liczbę do 24 i w ośmiu trzyzespołowych grupach walczyć o 2 miejsca w następnej rundzie? Na te pytania musi odpowiedzieć sobie FIFA, chociaż mam wrażenie, że nie zrobi tego w tej kadencji. Będzie dobrze, jeśli pomyśli chociaż o zmianach w przepisach, dopuszczających powtórki video. W nieszczęściu sędziowskim tego mundialu jest jednak szczęście. To, że fifowy beton zaczyna się chyba kruszyć to największe osiągnięcie tych mistrzostw. Podziękujmy sędziemu Larriondzie.
Tym oto sposobem doszliśmy do meritum mojego wywodu. Mistrzostwa świata AD 2010 miały dwóch bohaterów. Obaj pochodzą z Urugwaju, a ich sława przetrwa dużo dłużej niż wspomnienie całego turnieju. Pierwszym z nich jest wspomniany ,,reformator” Larionda, symbol pomyłek sędziowskich, ,,inicjator” zmian w FIFA. Drugim, o którym pisać można już bez ironii jest rzecz jasna Diego Forlan. Bóg jest tylko jeden, w Południowej Afryce bogiem, nowym boskim Diego, został właśnie piłkarz Atletico Madryt. Piłkarz ten wciągnął swoją drużynę do półfinału, został królem strzelców turnieju oraz otrzymał złotą piłkę dla najlepszego piłkarza turnieju. Przy odrobinie szczęścia na jego szyi zawisłby także co najmniej brązowy medal. Napisano w ostatnim tygodniu już tak wiele o Forlanie, że nie warto się powtarzać. Każdy widział, każdy wie, Diego nie miał konkurencji, żadna inna postać na Mundialu nie była tak boiskowo wyrazista. Pozaboiskowo błyszczał jego imiennik i były posiadacz przymiotnika boski – Maradona. Swojej boskości pozbył się jednak w sposób dziecinny, zapominając, że mistrzostwa nie można wygrać samym sercem, bez udziału rozumu. Nie znalazł Maradona złotego środka, wypuścił swoją frywolną, niezwiązaną żadną taktyką drużynę na pożarcie dobrze naoliwionych machin. Jedni nazwą Maradonę romantykiem, inni naiwniakiem. Ja też byłem naiwny, dałem się oszukać, serce mówiło, że w tym szaleństwie może być metoda, rozum zapowiadał nadchodzącą klęskę. Jak zwykle zwyciężył rozum.
Wiele mniejszych i większych klęsk obserwowaliśmy podczas tych mistrzostw. Klęską były wuwuzele, atmosfera we francuskiej ekipie, gra Włochów, sędziowanie itd. Mistrzostwa klęski to chyba dobre określenie dla zakończonego wczoraj turnieju. Klęską całego środowiska jest, fakt że najwięksi wirtuozi w światowym futbolu wygrywają mistrzostwo nie mając szansy tej wirtuozerii pokazać. Tak, jestem rozczarowany tymi mistrzostwami, szczególnie wczorajszym finałem. Za dużo jest obecnie morderców futbolu, za mało perełek takich jak drużyna del Bosque. Całe szczęście, że chociaż zwyciężyli. poniedziałek, 12 lipca 2010, damslu
|